List do derekcji

Drogi Panie Rafale!

Spieszę donieść o wielkim niedopatrzeniu w pańskiej chacie. No może nie całkiem o chatę chodzi, bo ta jest całkiem spoko. Ujmując to w całkiem współczesnym, mało bojkowskim słownictwie mojej córki. Otóż problem nie tkwi w chacie, a w pańskiej ofercie tej chaty. Łaskaw był Pan pominąć Pan w dość obcesowy sposób sporą jej atrakcję, nie wspominając  o niej ani słowem. Nie udostępnił Pan gościom siekiery. A może raczył Pan przed gośćmi ją nawet schować. Może to i poniekąd z troski? Bo wiadomo - miastowe to jeno ajfonami i tym podobnym tałatajstwem się operuje sprawnie. A jak czegoś tym się nie da,  to pewnie w ogóle nie da się zrobić. Ale nie masz cwaniaka nad warszawiaka.  No dobra, z pragi jesteśmy, ale to przecież lepsza część warszawki, więc to postanowiliśmy tej siekiery poszukać. Skorzystaliśmy z tego, że Pan Tomek zostawił szopę otwartą. Udaliśmy się powęszyć w tej szopie za oną siekierą. Niech mnie czort chwyci, jeśli nie znalazłem tam odkrycia tych wakacji. Wyglądało to na opuszczone żelastwo nieco już rdzą pokryte. Na wzór pańskiego auta. No tu może już za nadto popłynąłem. Aż tak źle jak auto, to to nie wyglądało. No i postanowiliśmy to z jednym panem użyć. Niechaj będzie, że mu Marian było. Nie jest to może w zgodzie z prawdą, ale nie mam już z nim kontaktu, a nie wiem czy by sobie tego życzył. No i żeby w zgodzie z ustawą było... No to ustalmy dla dobra zeznań, że Maryjan a nie Tomek mu było i tego się będę trzymał. Otóż postanowiliśmy się z onym Maryjanem na kolację udać do tego Pawła, tego co go Pan polecał. On w rzeczy samej jakiś mało święty jest.  Powiedział on nam, że stolika nie ma i żebyśmy przyszli jutro.  No to przyszliśmy dnia następnego, a tu znowu ten sam tekst. No to poszliśmy do pani Marylki, bo z Marianem już lepiej się nazajutrz znaliśmy. Nabyliśmy po lokalnym specjale z Olsztyna, sygnowanym ptakiem co ryby wsuwa. Zgodnie z lokalnym obyczajem udaliśmy się na ławkę z parasolką, co jest za sklepem, no i tam postanowiliśmy że Maryjanem zrobić użytek z naszego odkrycia. Tak powstała legenda tych wakacji. I myślę, że o tym znalezisku jeszcze nie jedna gazeta napisze. Ale ad rem: obaj z Maryjanem jesteśmy goście że hej. Historię i etnografię każdy z nas z mlekiem matki wyssał. Zwłaszcza tę bojkowską. Bo bojkowskości sam Kolberg by się od nas mógł uczyć. Zwłaszcza ta bojkowszczyzna zaczęła się z nas po drugim bieszczadzkim kormoranie uszami wylewać. Było to do tego stopnia bojkowskie, iż sam lokalny autorytet (niejaki pan Dziniu) oczy w słup stawiał. No i postanowiliśmy takie lokalne bojkowskie specjały wytworzyć. Ale takie, żeby wiersze o tym pisali.  Makłowicz z Okrasą mogą nam buty szmelcować! Postanowiliśmy zrobić kolację z obiadem za jednym przysiadem. Niech się Pan nie poczuje dotknięty, ale ten gaz i indukcję ... niech se Pan dla siebie zachowa. My chcieliśmy czegoś więcej. My postanowiliśmy to zrobić... z miłości . Cytując mistrza: "też se temat wymyślił, pozuje na oryginała" -  a co ja nie mogę? No i posileni tą miłością i kilkoma kroplami krupniku od Pani Marylki ustaliliśmy ten, no, jak mu tam? Busines plan przedsięwzięcia bojkowskiego. Zakładał on użycie żywego ognia i mojego znaleziska, całkowitą olewkę gazu, że o indukcji nawet nie wspomnę. Z kropelki na kropelkę pokłady naszej bojkowskości ustaliły, że zawartość wynalazku powinna się składać z tego co na połoninach i w lesie. Szybko ustaliliśmy, że osnową musi być baran, względnie koza.  Reszta przedstawia się jak następuje. Mandragora, lubczyk i wszelkie rosnące po bieszczadzkich lasach warzywo: bakłażan, cukinia i pyry. No i iście bojkowskie przyprawy: imbir, kardamon i takie tam. Niestety, krótka rozmowa z Panią Marylką sprowadziła nas nieco na ziemię.

- Pani Marylko my byśmy chcieli troszkę baraninki .

- Czego?

- No baraninka , mięso takie...

Wzrok i mina pani Marylki, nie wiem czemu, przypomniała mi taki skecz z Opola sprzed lat: „Panie zając, a śrutu pan nie chcesz?"

- No dobra mogłaby być koza ...

Pani Marylka patrzyła na nas jakby ufo z Emilcina zobaczyła.

- Chłopaki szybko, bo już dziewiąta, a ja o dziewiątej zamykam. Z mięsa jest tylko boczek i kiełbasa.

- No dobra niech będzie kiełbasa. Trzy kilo.

- Jest tylko półtora.

- Niech będzie. I boczek, też do pełna

- No i warzywka te co pani ma.

- Pietruszka, marchewka, papryka, cukinia...

- A mandragora?

- Dość już. Po dziewiątej jest. Tamta siatka pod pomidorami.

- Ta co wygląda jak fasola?

- Tak. Ta właśnie .

- Ty Marian jak właściwie wygląda ta Mandragora?

- Ty nie wiem... Może jak fasola???

- Chłopaki zegar tyka. Bierzecie tą fas... mandragorę czy nie ?

- Jasne, jasne, i jeszcze krupniczek.

Zaopatrzeni w siaty ruszyliśmy w górę drogi. Skrótem. Żeby nie asfaltem, dookoła, drogą gminną. A tam w poprzek drogi stoi to dajewo despero tego sąsiada od pustego domu. Ale nie dla nas takie przeszkody! Niech se ślady trampek z maski zmywakiem spoleruje.  No i wreszcie dopadliśmy tego wynalazku z szopy i do dzieła. Na pierwszy ruch w trawę poszedł ten ruszt z trójnoga co nad ogniskiem stoi. No i wieszamy wyszmelcowane znalezisko. Ogień się pali. Jakoś nie umieliśmy z tym łańcuszkiem zawalczyć. A konkretnie z jego długością. Dopiero po jakimś czasie odkryliśmy, że wysokość nóżkami da się uregulować. Boczek zaczyna swą melodię. Melodię???? Tak powiedziałem???? Skłamałem. To była tylko uwertura. Melodia się zaczęła, jak weszły pozostałe instrumenty. Kiełbaska, cebulka, czosneczek, kapusta, grzybki, pomidorki, fasolka... co ja gadam! Mandragora i cała reszta. Wtedy to był już koncert na orkiestrę symfoniczną.  Ach, co to była za muzyka! Tak to grało, że cały dom się zleciał. A potem wszyscy mlaskali. Choć było już dobrze po północy, gdy to dojrzało. Diety dietami, pory karmienia porami. Ale ten zapach, ten dzwięk i ten smak..... Miarka kociołka okazała się jednak lekkim niewypałem. Pozostałe cztery dni to jedliśmy... A Paweł? Niech on se tym mało świętym pozostanie. Makłowicz Makłowiczem. A okraska do kociołka się przydała. No i ten kociołek... Mistrz kulinarnych podróży rulez!

Felkowski Zenon, turysta kfalifikowany trzeciej klasy.

+48 512 676 812 | kontakt@bojkowachata.pl | Smerek 85